Borowiecki powrócił do swego laboratorium przy "kuchni" i zastawszy Murraya, .
Na jego twarzy hektyczne wypieki.. - Siostra byłaby z panienki dumna, mamselle.. - Co?!. - A więc Dobro może rodzić Zło! O, jakże perfidną. Chmielewski stał w szczerym polu. Dookoła jak okiem sięgnąć ciągnęły się podmokłe pola. Za nim na wzniesieniu stały zabudowania gospodarstwa rolnego. Mury z czerwonej cegły podtrzymywały zapadający się do wnętrza dach. Świeżo prana bielizna suszyła się w ogrodzie. Chmielewski zatoczył ręką szeroki łuk, wskazując na puste pola. - Panowie. Dwieście kilometrów autostrady, sieć stacji benzynowych, nowoczesne parkingi, serwisy. Cała Skandynawia będzie tędy jeździć. I to jest to. A co, pan mi mówi, że się nie da? Zirytowany Chmielewski obrócił się do trójki mężczyzn idących jego śladem. - Jako inżynier mówię, że się nie da - podjął temat inżynier Bukowski, szczupły, o sportowej sylwetce mężczyzna po czterdziestce. Należał do ludzi widzących najpierw problemy, a potem pieniądze. Nie posiadał w sobie za grosz entuzjazmu do czegokolwiek. Ciągnąc dalej narzekania spojrzał na swoich dwóch kolegów stojących po bokach. - Tej wsi nie ominiemy. Tu są łąki, a tam bagna, aż do Miedzeszyna. Za miękki grunt. Stojący obok Kucharski był cynikiem i wszystkie pomysły Chmielewskiego dla zasady wyśmiewał, a przynajmniej lekceważył. - Ksiądz chłopom zabronił ziemię sprzedawać - dzielił się swoją wiedzą. - Pewno chce opchnąć ten poniemiecki cmentarz pięć razy drożej. Chmielewski czasami miał dość swoich wspólników, ale prawdę mówiąc na innych w promieniu dwustu kilometrów nie mógł liczyć. Byli bezwolni, senni, ale przynajmniej wykształceni. - Dlaczego to się tak wlecze? - wycedził poirytowany. Ręce mu opadły, zgarbił się. Ostatnie słowa wypowiedział już do siebie. Trzecim mężczyzną stojącym na przeciw Chmielewskiego był prokurator Wielewski. Siwy pan o uśmiechu bazyliszka. Chmielewski podszedł do niego dwa kroki i ściszonym głosem, żeby pozostali nie słyszeli, spytał: - Co z koncesją? Prokurator jakby czekał na to pytanie. - Potrzebny jest tylko jeden podpis. Ostatni. Faceta, który mi niczego nie odmówi: potrącenie na pasach i ucieczka z miejsca wypadku. - Ile chcesz? - beznamiętnie zapytał Chmielewski. - Mam swoje lata. No i wiesz, ten napad na bank. W każdej chwili mogą mnie zwolnić. Chcę wejść w autostradę jako udziałowiec. Chmielewski aż poczerwieniał z wściekłości, ale być może to tylko poranne słońce rzucało taki ciepły kolor na jego policzki. - Za jeden podpis, bez forsy? - wycedził przez zęby. Prokurator nawet nie spojrzał na Chmielewskiego. Bawił się trzymanym w palcach patykiem. Patrzył w stronę zrujnowanego gospodarstwa. - Ten podpis możesz mieć nawet jutro. Albo wcale - spokojnie odparł. Uśmiechnął się serdecznie do Chmielewskiego. Chmielewski odpowiedział mu tym samym. Każdy z nich miał w tym momencie własny pomysł na załatwienie tej sprawy, z goła odmienny od partnera. Od strony gospodarstwa usłyszeli wołanie: - Marzena, Marzena, co z tą wodą? Pośpiesz się! Prokurator spojrzał w stronę studni. Chmielewski obrócił się całym ciałem w tę samą stronę. Młoda dziewczyna niosła dwa wiadra pełne wody. Mogła mieć dziewiętnaście lat. Szła boso. Krótka, prosta sukienka kończyła się wysoko na odsłoniętych udach. Spleciony jasny warkocz sięgał jej prawie do pośladków. Odwróciła głowę i mrużąc oczy przyglądała im się z daleka. Miała regularne rysy twarzy, brzoskwiniową cerę, ciemne brwi. Czterech starszych mężczyzn stojących na tle Mercedesa, nie wzbudziło jej zainteresowania. Odwróciła od nich głowę i weszła na podwórko. Chmielewski poczuł się pięćdziesięcioletnim facetem, który będąc najbogatszym człowiekiem na Pomorzu w jednej chwili stał się życiowym bankrutem. Poczuł, jak życie przecieka mu przez palce. Za plecami Chmielewskiego stanął Bukowski. Z satysfakcją uśmiechnął się do swoich myśli patrząc na Chmielewskiego. - Obawiam się, że ta ziemia nie jest na sprzedaż. Chmielewski był jednak innego zdania.. Minutę i osłania ogniem, podczas gdy pluton pierwszy, trzeci i.
-
Kategorie
-
Losowe
- - Nie chodzi mi tylko o rękę - wyszeptał - chociaż czuję się tak, jakby miała mi odpaść. Malfoy powiedział pani Pomfrey, że chce pożyczyć ode mnie książkę, przyszedł tu i był naprawdę okropny. Naśmiewał się ze mnie, groził, że powie jej, co mnie ugryzło... Wiecie, ja jej powiedziałem, że to był pies, ale chyba mi nie uwierzyła... Niepotrzebnie tak go rąbnąłem podczas meczu, teraz się mści. Harry i Hermiona próbowali go uspokoić. .
- najściślejszym związku. Poszczególne składniki systemu myślowego .
- Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił taksówkarzowi i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło słońce. Błękitne niebo, obsiane kilkoma kłębiastymi chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. Przeklęte lato. Taksówka zawróciła na bocznej alejce i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie miał sił ruszyć się z miejsca. Za odjeżdżającą taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść dał krok przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w stronę bramy. Z daleka zauważył, że była niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie przyjechał i jeszcze nie zdążył jej zamknąć" -pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał widok na podjazd i resztę ogrodu. Ku jego zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do samochodu były otwarte, a obok stała walizka. Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się po okolicy, ale nikogo więcej nie było. Ruszył do głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie panowała cisza. W sztucznym stawie rzuciła się ryba. Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany trawnik biegł od stawu aż po dom. Przy rogu budynku, na ziemi leżał wąż ogrodowy. Lała się z niego woda. Musiała już długo płynąć, bo dookoła utworzyła się duża kałuża. Tuż koło narożnika budynku leżała para butów. Były to wojskowe, niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są wysokie, bo ich cholewki zasłaniał narożnik domu. Z wnętrza willi przez otwarte okno dobiegło głośne uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W jadalni panował półmrok. Stół zastawiony był dla dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko jedna osoba - Czarny. Robert siedział obok niego przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze raz uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, łapał oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł głowę. Otarł policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie poruszał się, bo nie mógł. W jego czole widniał mały otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki pozostaje zwykle po kuli wystrzelonej z pistoletu o podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i domknął powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, wyła syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi zgromadził się na nabrzeżu i obserwował jakiś wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. Przez szybkę widział jak policyjna motorówka podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. To ja - krzyczał do słuchawki. Miał szczęście Cleo była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie zadowolenia, że słyszy jego głos. - To ja. Robert. .
- - Przejechał go samochód! .
- okolicznych wioskach. I jemu też chwała ! Lecz jakże przedstawia .
- - Wiem, że to było dla pana potworne doświadczenie, panie...? .
- rękę Bucholca. .
- Adam ponuro patrzył w lampę, a Zo¶ka stała pod ¶cian± skulona, złamana, .
- celibat, oznacza, że akt stosunku seksualnego powinien być tak .
- - Co wy tu robicie? Była to profesor McGonagall, niosąca wielki stos książek. .